Proces Jezusa nie był krótki. Jezus przyznał się do bycia Królem. Piłat nie mógł wydać wyroku skazującego na śmierć więc odesłał Jezusa z oskarżycielami do Heroda. Herod z kolei nie chciał wydawać wyroku na kogoś, kto się nie broni. Zatem znów sąd odbywa się przed Piłatem. Zmusili go do wydania wyroku skazującego na krzyż.
Tłumaczenie hasła "skazany na śmierć" na angielski. Będzie aresztowany za herezję i skazany na śmierć. He will be arrested for heresy and sentenced to death. Na podstawie wszystkich dowodów został skazany na śmierć. On the basis of all the evidence against him he has been sentenced to death. Za ten czyn został skazany na śmierć.
Śmiertelne pomyłki! Niewinni skazani na śmierć!Z każdym okrutnym morderstwem pojawia się coraz więcej głosów za wprowadzeniem kary śmierci. Chociaż budzi to
Skazany na śmierć s2e1 Obława s2e10 Spotkanie s2e11 Bolshoi Booze s2e12 Odłączony s2e13 Kwadrat śmierci s2e14 Trup bez nazwiska s2e15 Wiadomość s2e16 Chicago s2e17 Tarcia i waśnie s2e18 Szantaż s2e19 Caroline s2e2 Otis s2e20 Panama s2e21 Fin del Camino s2e22 Sona s2e3 103.7 s2e4 Pierwsza ofiara s2e5 Strona 1213 s2e6 Garaż s2e7 Zakopany skarb s2e8 Wypadek s2e9 Tajemnica Mahone’a
18 lat kierowałem szpitalem klinicznym. Znam mechanizmy zarządzania w ochronie zdrowia. Mamy w Polsce 150 tys. łóżek szpitalnych, jedną z największych liczb w przeliczeniu na 1 tys. mieszkańców na świecie. Naprawdę ich nam nie brakuje – powiedział prof. Kuna\" A więc,co celowe skazywanie ludzi na śmierć skoro łóżek nie brakuje?
Skazani na zesłanie przebywali uprzednio często w więzieniach rosyjskich: w Cytadeli Warszawskiej, Twierdzy w Kijowie, w Wilnie, Mińsku, Lublinie, Mohylewie i Żytomierzu. Kolejne grupy zesłańców pędzone były na Syberię etapami. Bogatsi lub ci, którym pozwolono, jechali czasami na zesłanie wozami lub kibitkami. Inni konwojowani szli
. Osoby starsze i chore, które nie mają rodziny, muszą same zatroszczyć się o wodę, jedzenie i lekarstwa. Nie mają sił i funduszy. Bez pomocy skazani są na powolną śmierć. Chorym i osobom starszym pomagają ich bliscy. Najbliższa rodzina w Etiopii to nie tylko rodzice, lecz także dziadkowie, wujkowie, kuzyni. Często mieszkają oni w tej samej wiosce lub mieście i utrzymują bardzo zażyłe kontakty. Jednak ten model bywa zaburzony przez konflikty i nałogi. Wtedy osoby chore i starsze muszą radzić sobie same. Kupienie jedzenia, zdobycie czystej wody i lekarstw jest bardzo trudne. Bez pomocy oni nie przeżyją. Dlatego siostry salezjanki w Dilla pomagają osobom starszym i chorym. Siostra Helena zauważyła, że na Mszy Świętej nie było mamy Dayte. Wszyscy ją tak nazywają. W Etiopii nie używają nazwisk, tylko mówią mama i imię jej najstarszego dziecka. Mama Dayte mieszka z synem, który ma epilepsję. Nic nie wiadomo o jej mężu i starszej córce. Misjonarka starała się czegoś dowiedzieć, ale sąsiedzi nic nie wiedzieli, a sama kobieta nigdy nic nie wspominała o swojej rodzinie. Kilka lat temu siostry salezjanki wybudowały na dla niej mały dom. Jednopokojowy, ale zapewniający mamie Dayte i jej synowi bezpieczeństwo. Takich małych domów w Dilla jest bardzo dużo. Mało kogo stać na wybudowanie kilku pomieszczeń. Syn mamy Dayte ma częste ataki epilepsji. Dlatego są oni wspierani przez misjonarki. Siostra Helena widziała ją ostatnio dwa tygodnie temu na Mszy Świętej. Kobieta nie mogła podejść do komunii świętej. Od jakiegoś czasu coraz gorzej chodziła, a teraz ma coraz poważniejsze problemy. Po Mszy Świętej do domu odwieźli ją salezjanie. Mama Dayte zawsze była zapracowana, ale i zawsze uśmiechnięta. Jej sąsiedzi mówią, że jej syn czasami ją bije. Bierze narkotyki, które są uprawiane w Etiopii. Czasami pije. Kobieta nie skarżyła się, czasami mówiła, że jest jej ciężko. Żyje z tego, co otrzyma, a teraz nie może chodzić. S. Helena pomaga jej i teraz chce tę pomoc zwiększyć. Co sobotę dziewczyna o imieniu Bekele przychodzi po fafę dla swojej babci. Starsza kobieta od dwóch miesięcy nie ma siły, żeby przyjść. Ze względu na wiek nie może chodzić. Od trzech lat wpisana jest na listę osób, które otrzymują od sióstr jedzenie. Ma syna, synową i ośmioro wnucząt. To bardzo biedna rodzina. Cztery dziewczynki już są wpisane na stałe do programu Adopcji na Odległość. W domu nie mają bieżącej wody. Codziennie przychodzą z baniakami po czystą wodę na placówkę misyjną. Ostatnio ich ojciec przyszedł do siostry z rachunkiem za szpital i leczenie jednej z córek. – Na wyniku było napisane, że dziewczynka miała robaki w jelitach, więc zaczęłam pytać o warunki, w jakich żyją. Okazało się, że nie mają ubikacji. Do tej pory busz, służył im za ubikację. Teraz mężczyzna zaczął budować prowizoryczną ubikację. Póki co to dołek w ziemi osłonięty materiałami. – opowiada s. Helena. W biednych domach brak podstawowej higieny jest przyczyną wielu chorób i słabej odporności. Gdy ludzie wychodzą do buszu lub na pola, gdzie owce, kozy, kury, dzikie ptaki zostawiają swoje odchody, bardzo łatwo złapać robaki. Pomoc takim rodzinom jest bardzo ważna. Bez wsparcia ich życie pozostanie tylko wegetacją. Dzieci nie pójdą do szkoły, będą niedożywione, chorowite i pozbawione możliwości zmiany swojego życia. A w takiej rodzinie osoby starsze i chore nie otrzymują żadnego wsparcia. Siostra Helena podkreśla, że będą tej starszej kobiecie pomagać, póki będą mieć fundusze, żeby kobieta nie umarła z głodu i wycieńczenia. Wpieraj osoby starsze w Etiopii poprzez akcję FAFA dla DILLA Magdalena Torbiczuk
Skazany na śmierć tłumaczenia Skazany na śmierć Dodaj Beg iz zapora Ich kolonia została zniszczona, a na otwartej przestrzeni ich młode są skazane na śmierć. Njihov dom je uničen in njihovi mladi bodo neizbežno umrli na odprtem. Trzej mężczyźni skazani na śmierć w ogniu wychodzą z niego bez szwanku! Trije moški, ki so bili za kazen vrženi v ognjeno peč, so rešeni iz krempljev smrti! jw2019 Prawo pozwala skazanym na śmierć na wybranie przewodnika duchowego. Pravila obsojencem na smrt dovolijo duhovnega svetovalca. Została skazana na śmierć za próbę uratowania męża podczas wojny. Obsojena je bila na smrt, ker je poskusila preprečiti, da njen mož umre v vojni. Większość skazanych na śmierć ostatecznie chce oczyścić sumienie przed egzekucją. Večina obsojenih na smrt si želi pred usmrtitvijo olajšati vest. Dlatego zostaje skazany na śmierć przez powieszenie Zato ga obsojamo na smrt z obešenjem opensubtitles2 Ta szlachcianka, ma prawo skazać na śmierć każdego ze swoich poddanych. Kot plemkinja, ima več kot možnost, da svoje podanike kaznuje s smrtjo. Dotyczy: Nigerii - skazania na śmierć kobiety Zadeva: Nigerija — na smrt obsojena ženska EurLex-2 Ariadnę skazano na śmierć. Ariadno so obsodili na smrt. Zostanie aresztowany za herezję i skazany na śmierć Zaprli ga bodo zaradi krivoverstva in ga obsodili na smrt opensubtitles2 Słyszała o wizycie, jaką złożyliście skazanemu na śmierć. Slišala je za vajin obisk obsojenca na smrt. Niedwuznacznie świadczy o tym postępowanie tych, o których Biblia mówi, że zostają skazani na „śmierć drugą”. To se tudi pokaže v postopkih tistih, za katere Biblija pravi, da so obsojeni na »drugo« smrt. jw2019 To sala widzeń dla skazanych na śmierć. Ta soba je namenjena obsojenim na smrt. Oznacza to, że Chińczycy mogą zostać skazani na śmierć za popełnienie ponad 68 rodzajów przestępstw. To pomeni, da obstaja več kot 68 zločinov, zaradi katerih so lahko usmrčeni kitajski ljudje. Europarl8 Inny młody chrześcijanin skazany na śmierć przez ścięcie napisał w liście do rodziców: „Minęła już północ. Drug mlad kristjan, ki so ga usmrtili z obglavljenjem, je predtem svojim staršem napisal: »Polnoč je že minila. jw2019 Dlatego zostaje skazany na śmierć przez powieszenie. Zato smo ga obsodili na smrt z obešanjem. Został skazany na śmierć na krzyżu. Obsojen je bil na smrt na križu. LDS Oskarżony jest winny postawionych mu zarzutów i zgodnie z prawem Biontorasowości zostaje skazany na śmierć. Obtoženi je kriv po vseh točkah obtožbe in po wesenreinskem zakonu se bo sedaj izvršila smrtna kazen. stanowczo potępia egzekucję Ateqeh Rajabi i inne przypadki skazania na śmierć i egzekucji w Iranie osób nieletnich; strogo obsoja usmrtitev Ateqeha Rajabija in vse druge smrtne obsodbe in usmrtitve otroških prestopnikov v Iranu; not-set Parlament, głównie pod wpływem Olivera Cromwella, ustanowił trybunał, który w roku 1649 skazał na śmierć króla Karola I. Parlament, ki ga je vodil predvsem Oliver Cromwell, je ustanovil sodišče, ki je leta 1649 obsodilo na smrt kralja Charlesa I. jw2019 Ale największe wrażenie zrobił na mnie zbiór listów niemieckich braci, skazanych na śmierć przez reżim hitlerowski. Največji vtis pa je name naredila zbirka pisem nemških Prič, ki so bili pod Hitlerjevim režimom obsojeni na smrt. jw2019 Dotyczy: pielęgniarek i lekarza skazanych na śmierć w Libii Zadeva: Na smrt obsojene medicinske sestre in zdravnik v Libiji oj4 Zostali uznani winnymi morderstwa pierwszego stopnia i skazani na śmierć. Spoznani so kot krivi umora in obsojeni na smrt. Najpopularniejsze zapytania: 1K, ~2K, ~3K, ~4K, ~5K, ~5-10K, ~10-20K, ~20-50K, ~50-100K, ~100k-200K, ~200-500K, ~1M
Unici z Pratulina zostali skazani nie tylko na konfiskaty i śmierć, ale także na zapomnienie. Pamięć o męczennikach miała zginąć razem z nimi. Wbrew prześladowcom przetrwała i owocuje do dziś. W obronie pratulińskiej cerkwi zginęło dziewięciu mężczyzn. Kolejnych czterech zmarło w wyniku odniesionych ran. - Oprawcy nie oddali ich ciał krewnym. Początkowo leżały one przy świątyni. Potem, pod osłoną nocy, w tajemnicy zostały wywiezione na skraj lasu zwanego Wierzbinką. Zakopano je w dole głębokim na 1,5 metra. W „pochówku” nie uczestniczył nikt z miejscowych, ale w jakiś sposób zapamiętano to miejsce - opowiada ks. kan. Jacek Guz, kustosz pratulińskiego sanktuarium. - Dół miał wymiary 13x3,5 m. Był zrównany z ziemią. Mimo to stał się miejscem modlitwy. Po odzyskaniu niepodległości postawiono tam pomnik, na którym wyryto napis: „Tu spoczywają ciała męczenników, którzy dnia 24 stycznia 1874 roku w Pratulinie oddali życie w obronie wiary, Kościoła i polskości. Módlmy się o wyniesienie ich na ołtarze”. Do 1990 r. grób pozostał nienaruszony. Nikt go nie otwierał. Ekshumacja odbyła się 18 maja. Szczątki przeniesiono do kościoła. W 2014 r. relikwie złożono w nowym sarkofagu, który umieszczono pod ołtarzem. Pierwszy sarkofag jest dziś pusty. Stoi w kościółku - martyrium na pozostałościach fundamentów cerkwi, której bronili męczennicy - dodaje. Godnie i ze czcią Od ekshumacji minie w tym roku 31 lat. - Była ona jednym z etapów procesu beatyfikacyjnego. Stronę kościelną reprezentowali wtedy bp Wacław Skomorucha, o. Gabriel Bartoszewski i ks. Zdzisław Młynarski. Mnie przypadła rola notariusza - wspomina ks. prałat Mieczysław Głowacki. - Obok kapłanów była również grupa lekarzy różnej specjalności oraz pratulińscy parafianie. Na miejscu stawiliśmy się rano. Było nam znane. Od lat mówiło się, że to właśnie tam, przy lesie, w pobliżu dawnego cmentarza unickiego spoczywają nasi męczennicy. Rozpoczęliśmy od modlitwy. Potem wbito łopaty. Po jakimś czasie zaczęto wydobywać kości. Każdą opisywano. Znaleziono 13 czaszek i tyleż samo par kości udowych. Uwagę lekarzy zwróciła np. jedna z czaszek, na której zaobserwowano wgniecenie spowodowane jakimś twardym narzędziem. Po zakończeniu prac podpisano stosowny protokół. Kości zostały złożone w drewnianym sarkofagu i zawiezione do kościoła. Umieściliśmy je niedaleko wejścia do świątyni. Nie można było złożyć ich bliżej ołtarza, bo przecież męczennicy nie byli wtedy jeszcze beatyfikowani. Stojąc nad otwartym grobem, staraliśmy się zachowywać odpowiednią atmosferę, zachowywać się godnie i ze czcią - podkreśla ksiądz prałat. Pamięć była zawsze W gronie uczestników ekshumacji znalazł się także pochodzący z parafii Pratulin ks. Franciszek Klebaniuk. - Byłem wtedy w klasie maturalnej. Bardziej skupiłem się jednak na ekshumacji Konrada Greczuka, który przez lata zbierał relacje o męczeństwie unitów i przekazywał wieści o misjach. Przeprowadzono ją tego samego dnia. Szczątki K. Greczuka złożono na obecnym cmentarzu. Niedawno ekshumowano je kolejny raz i pochowano na przykościelnym placu - wyjaśnia. - Co do ekshumacji męczenników, ich kości znaleziono w miejscu, które od lat wskazywano jako ich grób. Szczątki znajdowały się na różnych głębokościach. Ich układ wskazywał, że błogosławieni zostali pochowani bez trumien, bezładnie i bez czci. Początkowo ich grób nie był oznaczony. Ogrodzenie pojawiło się dopiero po wojnie. Podczas procesu pytano nas o kult męczenników. Chciano potwierdzić, że ludzie pamiętają o nich i modlą się przez ich wstawiennictwo. Kiedy byłem dzieckiem, moja babcia Agata wysyłała mnie na miejsce męczeństwa, gdzie dawniej stała unicka cerkiew. Prosiła, bym przyniósł jej stamtąd trochę ziemi. Z wiarą i czcią dosypywała ją do herbaty. Była przekonana, że ta ziemia jest przesiąknięta krwią unitów. Wierzyła, że męczennicy mają moc wyprosić nam u Boga potrzebne łaski i zdrowie. Pamiętam, że teren po cerkwi był zadbany i ogrodzony. Wszyscy wiedzieliśmy, że właśnie tam zginęli męczennicy. Na Boże Ciało stawialiśmy tam ołtarz - opowiada ks. F. Klebaniuk. Konno, jak dawniej Wspomnieniami zgodziła się podzielić z nami również Józefa Kowaluk z Pratulina. - Ekshumację poprzedziły przygotowania. Ksiądz proboszcz prosił o przyniesienie białych prześcieradeł, którymi zaścielono stoły, na których składano wydobyte kości. Prosił też o zgromadzenie węgla drzewnego z pieców chlebowych. Był potrzebny do sarkofagu. Kości złożono w miedzianej trumnie, którą umieszczono potem w drugiej, dębowej. Węgiel posłużył do wypełniania przestrzeni między jedną a drugą „skrzynią” - tłumaczy pani Józefa. Podkreśla, że ekshumacja trwała od rana do popołudnia. - Lekarze pokazywali nam wydobyte kości i tłumaczyli, które należą do młodego, a które do starszego mężczyzny. Jedna z czaszek miała kompletne uzębienie; należała zapewne do najmłodszego męczennika. Kości dokładnie oczyszczano z ziemi. Po zliczeniu i opisaniu złożono je w sarkofagu. Obecny przy ekshumacji o. Gabriel Bartoszewski zasugerował, by przewieźć je do kościoła konno, jak za czasów naszych męczenników. Miał rację, przecież nasi błogosławieni byli wieśniakami i posługiwali się końmi. Sarkofag przywieziono do kościoła i odkryto. Wszyscy, po kolei, podchodziliśmy do niego i oddawaliśmy cześć znajdującym się w nim relikwiom. Potem został zapieczętowany i ustawiony na przygotowanym wcześniej miejscu. Tego nie da się zapomnieć! - przekonuje pani Kowaluk. Tego nigdzie nie było! Nasza rozmówczyni podkreśla, że męczennicy zostali pochowani poza poświęconą ziemią. - Wiem o tym nie z książek, ale z przekazów. Pochówek pod lasem świadczył o pogardzie Kozaków względem naszych unitów. Za sprzeciw wobec cara chcieli ich ukarać nawet po śmierci. Zakopano ich poza cmentarzem, na drodze. W obronie cerkwi zginęło dziewięciu unitów. Czterech zmarło wskutek ran. Proszę pamiętać, że dogorywali w męczarniach. W tamtym czasie nie było środków przeciwbólowych, tak jak dzisiaj. Pamiętam procesję z sarkofagiem. Męczennicy wracali do nas godnie, w modlitwie; wracali do kościoła, a więc do źródła z którego czerpali siły. Dla naszej społeczności było to ogromne wydarzenie, cały czas się o tym mówiło. Podchodziliśmy do tego także emocjonalnie. Przecież czegoś takiego nie było nigdy w dekanacie, ba, w całej diecezji! Był maj, ale ludzie rzucili swoją robotę i przyszli do grobu. Kult męczenników był u nas silny. Ludzie modlili się do nich i brali ziemię z miejsca ich śmierci. Wiem, że nasi błogosławieni nie uzdrawiają, to Bóg uzdrawia, ale oni ciągle proszą Go o to, czego potrzebujemy. Bóg ciągle uzdrawia za ich przyczyną - podsumowuje pani Józefa. Echo Katolickie 13/2020 opr. mg/mg
Bujumbura, 3 luty 2000 r. Często misjonarz woła i prosi w imieniu tych, którzy nie mają głosu, albo nie dopuszcza się ich do głosu. Dziś w tym liście chciałbym mówić w imieniu tych, którzy pozbawieni są głosu, ponieważ są od lat w więzieniu. Jezu, ufam Tobie ! Pierwszym zadaniem misjonarza jest głoszenie Dobrej Nowiny o zbawieniu tym, do których został posłany. To głoszenie musi iść w parze ze świadectwem miłości, którą żyje i praktykuje misjonarz. Często misjonarz woła i prosi w imieniu tych, którzy nie mają głosu, albo nie dopuszcza się ich do głosu. Dziś w tym liście chciałbym mówić w imieniu tych, którzy pozbawieni są głosu, ponieważ są od lat w więzieniu. Odwiedzam często więzienie w Mpimba dzielnicy Bujumbura. Spieszymy im z pomocą duchową i materialną. Długo będę pamiętał Mszę św. odprawioną w więzieniu w Boże Narodzenie. Więźniowie przystroili kaplicę /raczej teren pod kaplicę/ kolorowymi wstążkami, a chór przygotował pieśni kościelne w kilku językach. Credo było śpiewane po łacinie, Ojcze nasz w kiswahili, inne pieśni w kirundi i po francusku, Pierwsze i drugie czytanie też były śpiewane. Ks. Emmanuel, kapelan więzienia musiał jechać jeszcze raz do domu, by przywieźć kadzidło. Msza św. z tańcami i śpiewami trwała prawie trzy godziny. Oni naprawdę się modlili. Jest inna grupa więźniów, którzy nie mogą brać udziału z innymi więźniami we Mszy św. Są to mężczyźni skazani na śmierć. Dla nich oprawiłem Mszę św. dwa tygodnie po świętach Bożego Narodzenia w piątek. Najpierw we czwartek pojechaliśmy ich wyspowiadać. Było ich około 60. Z wielką skruchą przystępowali do spowiedzi, wielu z nich zostało skazanych niesłusznie, na podstawie donosów. We Mszy św. zachęcałem ich do ufności w miłosierdzie Boże. Dla Pana Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Może władze zmienią wyrok i wrócą niektórzy do swoich rodzin. Mówiłem im o Roku Jubileuszowym, który jest wezwaniem do przebaczenia i pojednania. Jezus Chrystus, nasz brat przeżywa głęboko, że jego bracia cierpią i są skazywani na śmierć. Po Mszy św. wielu z nich przyszło do mnie ze swoimi sprawami i listami od rodzin. Kupiliśmy dla nich książeczki do nabożeństwa. Zabieram recepty, aby im kupić lekarstwa, o które proszą. Mam pomysł, aby Leopolda z Mpinga, który skazany jest na 20 lat więzienia nauczyć robić różańce. Należy on do Legionu Maryi. O różańce wciąż mnie proszą więźniowie i strażnicy. Ostatnio otrzymaliśmy z Biura Misyjnego w Krakowie ziarenka, drut i krzyżyki do robienia różańców. Po Mszy św. w więzieniu odbywają się zebrania różnych stowarzyszeń kościelnych. Zapowiedziano, że za dwa tygodnie odbędą się wybory do komitetu parafialnego. W stolicy mają swą siedzibę różne organizacje humanitarne. One przeprowadzają wizyty w więzieniu, sprawdzają jak odbywają się sądy. Z tego powodu od kilku lat nie wykonuje się wyroków śmierci w tym więzieniu, w samej stolicy. W więzieniu mnie już znają, dlatego bez większych trudności mogę odwiedzać więźniów. Skazani na śmierć są izolowani od innych więźniów. Aby z nimi się widzieć, trzeba osobnego pozwolenia od dyrektora więzienia. Zauważyłem, że w więzieniu jest jeden biały i Afrykańczycy z sąsiednich krajów. Z okazji Bożego Narodzenia więźniowie otrzymali ryż. Z Radia Bujumbura dowiedzieli się, że były święcenia Barutwanayo w Musongati i składali mu gratulacje. Wziąłem raz ze sobą do więzienia brata Hieronima, który tu spotkał swoich kolegów ze szkoły średniej i znajomych ze swojej parafii Ntita. Może w jeszcze większej biedzie żyją ludzie, którzy są w obozach z dala od swoich domów. Słyszymy, że w tych obozach dużo ludzi umiera, panuje cholera i krwawa biegunka. Na zebraniu księży z diecezji Bujumbura postanowiono, że w Wielkim Poście będą urządzane zbiórki dla ludzi zmuszonych do życia w obozach. Będą też „pielgrzymki” do tych obozów na znak solidarności z nimi. Od jakiegoś czasu nasiliły się ataki różnych grup i wojska na biedną ludność w okolicach Musongati. Ludzie opuszczają wioski i szukają schronienia gdzie indziej. Nie możemy tracić nadziei, nie ustajemy w modlitwie o pokój i pojednanie w Burundi. W imieniu tych najbardziej pokrzywdzonych i więźniów prosimy Was Drodzy Przyjaciele Misji, o modlitwy i pamięć i znak solidarności. Serdecznie Was pozdrawiam i życzę obfitych łask w Roku Jubileuszowym. o. Eliasz Trybała OCD
10 lat temu w polskich więzieniach przebywało 23 skazanych na karę śmierci, którym zmieniono ją na 25 lat pozbawienia wolności albo dożywocie. Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w kwietniu 2008 r. Ostatni raz karę śmierci wykonano w Polsce 20 lat temu. Jan K. miał być następny. Kilka dni przed powieszeniem państwo darowało mu życie. Czy warto było? Sławek K. obudził się dopiero o rano z błogą świadomością, że właśnie zaczęły się dwa miesiące wakacji. Po śniadaniu matka zabrała go na bazar i kupiła mu spodnie. Najnowszy krzyk mody – wycieruchy i to za prawie 5 tys. zł – był 1984 r. Wyraźnie miała dobry humor. Wieczorem wybierała się na imieniny do swojego ojca. Na obiad były grzyby. To też było miłe, bo Sławek lubił grzyby. A po południu wyszedł z kolegami na miasto wiedząc, że może sobie pozwolić na wypicie wina, bo zanim matka wróci spod Opatowa, on już będzie spał. Do domu ściągnął go głód. Na zegarze była już Zdziwiło go, że ojciec zamknął się od środka i zostawił klucz w drzwiach, ale jakoś o to nie zapytał. Przeszedł prosto do kuchni. Chciał zrobić sobie kanapkę, ale nie mógł znaleźć noża do krojenia chleba. Ojciec kazał mu sprawdzić w łazience i rzeczywiście tam był. Leżał na muszli klozetowej. Wrócił do kuchni i zrobił sobie kanapki. Jadł i razem z ojcem oglądali telewizję. Obydwaj czekali na sobotnie kino nocne. Miał być jakiś horror. Sławek nie wiedział jeszcze, że prawdziwy horror rozegrał się kilka godzin wcześniej w ich mieszkaniu. Sufit jak niebo W czasie odczytywania przed sądem zeznań Jana K. nie wszyscy wytrzymali opis zbrodni i część osób musiała opuścić salę. Siostra Jana K. Zofia została. Ale nawet teraz, po 24 latach wspomina, że zbierało się jej na wymioty. „Nie umiem wytłumaczyć, jak doszło do tego, że podjąłem zamiar pokawałkowania żony. Najpierw żonę rozebrałem, ale żeby było szybciej, rozcinałem ubranie nożem. Tak jak pamiętam dziś, to wydaje mi się, że najpierw odciąłem żonie prawą rękę w stawie barkowym. Po odcięciu prawej ręki, pociąłem tę rękę najpierw w stawach. Używałem do tego noża, który przyniosłem z kuchni. Rękę kawałkowałem nad wanną. Od ręki oddzielałem tkankę i wrzucałem po kawałku do muszli, i spłukiwałem wodą. Kości z prawej ręki nadcinałem brzeszczotem i uderzałem potem młotkiem, i drobne kawałki kości wrzucałem także do muszli i spłukiwałem. Przy spłukiwaniu miałem kłopot tylko z kośćmi, które pływały i musiałem je popychać ręką”. Zarówno podczas zabijania żony, jak i ćwiartowania w domu obecna była kilkunastoletnia córka Barbara. Dziewczynka była mocno upośledzona, ale nie na tyle, by nie zauważyć, co się dzieje. Ojciec, żeby ją uspokoić, włączył jej adapter w małym pokoju. O ile K. nie wypierał się poćwiartowania żony, to według jego wersji zginęła ona nie od ciosów młotkiem, tylko uderzenia głową o framugę drzwi, na którą pchnął ją „w nerwach”. Ale jego wersji nie dało się sprawdzić, bo głowy nigdy nie odnaleziono, a K. nie chciał zdradzić, co tak naprawdę się z nią stało. Milicja poświęciła tej sprawie sporo czasu i swoich najlepszych ludzi. Śledztwo prowadził major Antoni Dzięcioł. Człowiek, który dostawał najtrudniejsze przypadki w województwie. Dzięcioł postawił sobie za punkt honoru, że K. będzie kolejny na długiej liście morderców, których wysłał na stryczek. Przesłuchano ponad 75 świadków. Przeszukano wszystkie studzienki kanalizacyjne w okolicy ulicy Nowotki, gdzie dokonana została zbrodnia. Pomimo upływu czasu odnaleziono 48 kawałków ludzkiej tkanki miękkiej o łącznej wadze 7,7 kg. We fragmencie jelita znaleziono niestrawione jeszcze grzyby. O skazaniu K. na karę śmierci przesądziły trzy okoliczności. Zaraz po zatrzymaniu milicja znalazła u niego 500 dol. należących do żony. Prokurator przyjął więc, że zbrodnia miała również charakter rabunkowy. W toku śledztwa okazało się, że już 27 czerwca, czyli na cztery dni przed zabójstwem, K. kazał przynieść synowi z piwnicy młotek i brzeszczot. Najbardziej obciążało go jednak okrucieństwo czynu. Pomimo że przez ostatnie pięć lat pracował jako górnik, nie udało mu się zabić żony pierwszym ciosem. Była od niego 10 cm wyższa, bardzo chciała żyć. Udało się jej nawet wyrwać klamkę i uciec na korytarz, ale zaciągnął ją do środka. Na jej krzyki nie zareagował żaden z mieszkańców o 10-piętrowego bloku. Na potrzeby śledztwa milicja spryskała mieszkanie substancją wchodzącą w reakcję świetlną z krwią. Ściany rozbłysły dziesiątkiem malutkich plamek. Sufit w przedpokoju wyglądał podobno jak niebo. 30 października 1986 r. po 14 rozprawach przed Sądem Wojewódzkim w Kielcach Jan K., syn Stanisława i Janiny, pochodzenia społecznego chłopskiego, o przynależności społecznej robotniczej, skazany został na karę śmierci i pozbawienie praw publicznych na zawsze. Według siostry K., jej brat po ogłoszeniu wyroku rozpłakał się i wyraźnie żałował swego czynu. Według sędziego Adama Kabzińskiego, który zasiadał w składzie sędziowskim, K. jedynie spuścił głowę i posmutniał. A według majora Dzięcioła widać było, że był zły i to zło patrzyło mu z oczu. Deratyzacja Karę śmierci wykonywano w sześciu zakładach na terenie całej Polski. Najbliżej Kielc – w krakowskim więzieniu przy ulicy Montelupich. Skazani na KS przewożeni byli do więzienia, w którym miał być wykonany wyrok. Dla takich jak oni na Montelupich mieli sześć cel. Od pozostałej części korytarza oddzielała je wysoka ściana z blachy. Więźniowie nie mówili na to inaczej niż getto, bo wszyscy wiedzieli, że stamtąd szło się tylko na śmierć. No, i jak w getcie jedni skazani pilnowali drugich, bo w celi śmierci z reguły nie siedziało się samemu. Wstawiani do takiej celi więźniowie tak naprawdę byli wtykami klawiszy i mieli za wszelką cenę nie dopuścić do tego, żeby skazany sam wymierzył sobie sprawiedliwość albo się okaleczył. Na chorym skazańcu nie można było wykonać wyroku. A to bardzo komplikowało sytuację. Tak było w przypadku Waldemara Mąki, który włożył sobie szkło pod powieki i mrugał oczyma tak długo, że Edyp wyglądał przy nim jak amator. Egzekucję Mąki odsunięto w czasie. A ostatecznie nigdy jej nie wykonano. K. trafił na Montelupich 3 maja 1987 r. Dla służby więziennej był to trudny okres, bo w 1985 r. wydano 17, a rok później 13 kaesów i w zakładach mieli spiętrzenie ludzi do zabicia, a to jednak było czasochłonne. K. miał dobrą opinię z kieleckiego aresztu, więc zamiast w getcie na swoją kolejkę na szubienicę czekał w zwykłej celi numer 148. Edmund Leś, który był jego wychowawcą, wspomina go pozytywnie. Nie sprawiał żadnych kłopotów. Sumiennie wykonywał polecenia. W celi unikał konfliktów. Zresztą unikali ich i współwięźniowie, bo szybko się dowiedzieli, za co siedzi ten cichy, drobny facet. Procedura zabijania od lat była taka sama. Kat wraz z pomocnikiem zatrudniani byli centralnie, więc na egzekucję przyjeżdżali z Warszawy. O terminie wiedziało zaledwie parę zaprzysiężonych osób. Żeby tego kręgu nie powiększać, większość pracowników tego dnia wcześniej zwalniano do domu. Pretekstem z reguły była deratyzacja. Rano ogłaszano komunikat, że w związku z odszczurzaniem kuchni posiłki tego dnia będą wydawane wcześniej. Jaskółką śmierci była zwiększona częstotliwość wyjść z celi na kilka dni przed egzekucją. Chodziło o to, żeby osłabić czujność skazańca przed ostatnim spacerem. Ale więźniowie do końca mogli się łudzić, że to jeszcze nie ten moment, bo cela straceń była dokładnie naprzeciwko łaźni, do której co tydzień prowadzono wszystkich skazanych. I co tydzień wszyscy wracali. Zresztą w Polsce coraz głośniej mówiło się o zaprzestaniu wykonywania kary śmierci. Państwo po 40 latach komunizmu słabło w oczach. I coraz częściej zdarzały się przypadki zamiany przez Radę Państwa kary śmierci na 25 lat więzienia, bo zabijanie, nawet morderców, nie pasowało do komunizmu z ludzką twarzą, który powszechnie wówczas lansowano. Sporą presję na Polskę wywierała też Europa Zachodnia. 28 kwietnia 1983 r. w Strasburgu spisano szósty protokół do europejskiej Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności zakazujący wykonywania kary śmierci w czasie pokoju. Polska ratyfikowała tę część Konwencji dopiero w 2000 r. Ale protokół miał duży wpływ na fakt, że ostatni skazaniec w Polsce zawisł na szubienicy dokładnie 21 kwietnia 1988 r. Wątpliwa sława stała się udziałem Andrzeja Cz., 28-letniego gwałciciela i mordercy. O wyprowadzono go z celi. On i prowadzący go strażnicy zeszli do podpiwniczonej części więzienia, gdzie mieściły się warsztaty, łaźnia i cela straceń. Po zwiększonej eskorcie Cz. musiał się domyśleć, dokąd go prowadzą. W wąskim, nie większym niż dwa metry przedsionku czekał już naczelnik więzienia, prokurator, ksiądz i lekarz. Kat wraz z pomocnikiem czekali w pomieszczeniu obok. Na małym stoliku leżała kartka papieru, długopis, popielniczka, szklanka wody, paczka papierosów i zapałki. To były jedyne przedmioty, za pomocą których mógł spełnić swoją ostatnią wolę. Lekarz, który uczestniczył w trzech egzekucjach, do dziś wspomina nienaturalne drżenie skazanych, problemy z mową i rozbiegane oczy jak u zaszczutego zwierzęcia. Większość morderców miała problemy z utrzymaniem zapalonego papierosa, choć na czas palenia zdejmowano im kajdanki. W takim stanie o napisaniu listu raczej nie było mowy. Niektórzy korzystali z przywileju rozmowy z księdzem. Według prasowych wspomnień klawiszy – część z potrzeby serca, inni, żeby pożyć choć o pół godziny dłużej. Potem z drugiego pomieszczenia wychodził kat i na oczy skazańca zakładał czarną przepaskę. Samodzielnie albo niesiony pod pachy wprowadzany był do drugiego pomieszczenia, w którym oprócz lampy, zwisającego z sufitu haka z linką i zapadni o wymiarach 70 na 70 cm nie było nic więcej. W więziennym żargonie mówiło się na ten pokój termos, bo w środku miał dodatkowe ścianki, które miały tłumić wszelkie odgłosy. Po zamknięciu drzwi kat uruchamiał mechanizm zapadni. Szarpane konwulsjami ciało obserwował z drugiego pomieszczenia przez szybkę z pleksiglasu. Po 20 minutach na sznurze lekarz musiał stwierdzić zgon, a kat wraz z pomocnikiem zdjąć powieszonego, czyli w żargonie więziennym wyhuśtanego. Pomimo że w chwili śmierci puszczają wszystkie zwieracze, skazany chowany był w więziennym drelichu, który miał na sobie podczas egzekucji. Po włożeniu ciała do trumny kat wrzucał do niej białe stylonowe rękawiczki, których używał podczas pracy. Pogrzeb bez rodziny odbywał się jeszcze tego samego dnia. Jan K. miał przejść dokładnie ten sam rytuał. Jego wyrok miał być wykonany krótko po zgładzeniu Andrzeja Cz. Jednak 16 marca 1988 r. Rada Państwa skorzystała z prawa łaski i zamieniła mu karę śmierci na 25 lat więzienia i pozbawienie praw publicznych na 10 lat. Jeszcze trzy miesiące temu w więzieniu przy Montelupich można było podziwiać zapadnię i ślad po haku. W styczniu skończył się jednak generalny remont pomieszczenia, w którym wykonywano karę śmierci, i teraz trudno się domyśleć, do czego kiedyś służyło. Obecnie przechowywane są tam chemikalia i substancje niebezpieczne. Jak zauważył jeden z pracowników więzienia, w sumie zachowało swoje pierwotne przeznaczenie. Resocjalizacja Jana K. odbywała się w błyskawicznym tempie. Na początku 1988 r. państwo było o włos od uśmiercenia go. A 4 lata później wypuszczono go na pierwszą przepustkę. W ciągu zaledwie roku i trzech miesięcy dostał ich w sumie 13. Przez niemal cały okres wykonywania kary pracował, co w tamtych czasach było największą nagrodą dla skazanego. Na początku w kuchni. A później w magazynie. Tam przyłapano go na kradzieży i było to jedyne przewinienie, jakiego – według akt – dopuścił się w więzieniu. Ostatnie kilka lat odsiedział w zakładzie w Trzebini, który na tle innych więzień może uchodzić za kurort. Na początku wzbudzał duże zainteresowanie, bo w historii zakładu nie mieli jeszcze nikogo z KS. Ale szybko okazało się, że jak na takiego brutalnego mordercę, to Jan K. jest raczej nieciekawy. Nie dawał się namówić na opowieści, jak to jest spuścić 60-kilogramową kobietę w muszli klozetowej. W sumie to w ogóle nie dawał namówić się na żadne opowieści. Janusz Nowak, jego wychowawca z zakładu w Trzebini, wspomina, że K. trzymał się na uboczu. Daleki od serdeczności, ale też pozbawiony agresji. Przy bliższym kontakcie sprawiał wrażenie człowieka pozbawionego uczuć i wyższych emocji. Wujek dał Jezusa Jego siostrzeniec nie zgadza się z takim opisem. Dla niego lepszego wujka trudno byłoby znaleźć, choć zabijając żonę pozbawił go matki, ale tylko chrzestnej. Na ślubie siostrzeńca nie był, ale prezent później dał. Piękny obraz. Kolega z celi malował ze zdjęcia. Ale świetnie uchwycił romantyczne spojrzenie żony i dumę pana młodego. A innym razem wujek to przyszedł z Jezusem Chrystusem. Odkupiciel w czerwonej szacie, a obok niego czarne owce. Nie modli się do tego obrazu tylko dlatego, że na ramę ciągle nie ma i zwinięty leży. Aż mu się takie malutkie pęknięcia porobiły. 30 listopada 2001 r., po odsiedzeniu 17 lat, Jan K. został warunkowo wypuszczony na wolność. Zamieszkał u siostry w rodzinnej wsi pod Opatowem. Wieś przyjęła go po chrześcijańsku, ale na dystans. Tylko Kazimierz Ziarko ręki mu nie podał, bo go taka złość wzięła, że na ludzi tyle zła sprowadził. Jeszcze większa złość brała Kazimierza Karbowniczaka, brata zabitej, który z rodziną K. miał ziemię po sąsiedzku. Zwłaszcza kiedy się dowiedział, że K. prowokacyjnie przychodził sobie czasem kupić piwo na jego stacji benzynowej. Ale na to, żeby przejść 20 m więcej i córkę Barbarę odwiedzić, to mu odwagi nie starczyło. Do syna też nie pojechał. A łatwo było znaleźć, bo mu mieszkanie widocznie ze śmiercią matki się nie kojarzy i dalej w nim mieszka. Siostra Zofia o wizytach na stacji Karbowniczaka nic nie słyszała. Dziwi się, bo jej brat taki by nie był, żeby tam iść. – On spokojnie żył. Króliki hodował, ale kupować ich nikt nie chciał, to je zabił. Znaczy się pozbył się ich – wspomina. Pięć lat po wyjściu na wolność Jan K. zaczął się skarżyć na bóle głowy. Okazało się, że miał raka wątroby z przerzutami do mózgu. Siostra zawiozła go do hospicjum. Mówiła mu, że to zwykły szpital. Nawet nie wiedział, że umiera. Agonia trwała dwa dni. Znacznie dłużej niż na szubienicy. Zmarł 31 maja 2006 r. Przeżył swoją żonę o 27 lat. Pochowano ich na tym samym cmentarzu, ale sto metrów od siebie. Na pogrzebie była prawie cała wieś. Ksiądz nie wspomniał w kazaniu o tym, że Jan K. już raz właściwie był martwy. Emerytowany major Antoni Dzięcioł zbliża się do dziewięćdziesiątki. Miał już dwie operacje na otwartym sercu i cudem wyrwał się śmierci. Żałuje, że K. też się tak długo udawało. Sędzia Adam Kabziński nie umie odpowiedzieć, czy znów posłałby K. na szubienicę. A siostrzeniec K. to właściwie jest przeciw karze śmierci. Ale takie brutalne zwierzęta jak ci, co zabili Krzysztofa Olewnika, to powinni wisieć. Według Jana Dziewońskiego, byłego naczelnika więzienia przy ulicy Montelupich, który w egzekucjach musiał uczestniczyć z racji zajmowanego stanowiska, wszystko odbywało się niezwykle szybko i sprawnie, i to, co możemy oglądać na filmach, jest dalece wyolbrzymione. Ale Dziewoński jest zdeklarowanym przeciwnikiem kary śmierci i przyznaje, że gdyby nie jej zniesienie, to chyba zrezygnowałby z pracy. * Jeszcze 23 skazanych Dokładna liczba wyroków śmierci wykonanych w PRL do 1969 r. nie jest znana. Niektóre źródła podają, że było ich ponad 3 tys. Do 1950 r. część wyroków, szczególnie na zbrodniarzach wojennych, wykonywano publicznie. W Chełmie Lubelskim wieszano w komórce do parowania ziemniaków dla świń. W 1969 r. wprowadzono nowy kodeks karny. Z badań prof. Andrzeja Rzeplińskiego wynika, że od 1969 do 1998 r. polskie sądy skazały na KS 344 osoby. Na 183 wyrok wykonano. Wśród skazanych nie było ani jednej kobiety. Ostatnim skazanym był Henryk Moruś, który zabił 7 osób. W czasie procesu nie okazał żadnej skruchy. Proces trzeba było przerwać, bo sędzia dostał zawału po tym, jak Moruś się przed nim obnażył. Do dziś w polskich więzieniach przebywa 23 skazanych na karę śmierci, którą zmieniono na 25 lat więzienia albo dożywocie.
misjonarze skazani na śmierć